|
|
niedziela, 21 stycznia 2007
Ingloriel zmienia imię
Tak, tak, Bayushi ma dla niej znaleźć!!! Będzie radość i frajda!!! Bayushi - liczę na Ciebie! ;-) Mam syndrom skoczka albo ucieczki... Drezneński uniwerek przypomniał sobie o moich dokumentach i chcą mnie zatrudnić... Od razu Wschowa wydała mi się nudnym zapadłym ośrodkiem. Jeśli zamkną szpital, to się wynudzę na śmierć! Na razie monotonię dni burzą mi dyżury pod telefonem. I aikido. I ostatnio zupełnie niespodziewanie Tytus na tym aikido... Jak on mnie dekoncentruje!! Wciąż coś przygaduje, nie mogę się skupić, trudniej mi się ćwiczy, ale nie przestanę! I koniec! Ech... Drezno... Ale choć nadal mnie to kusi - chyba jednak nie pojadę tam. Już nie czuję chęci do wyjazdu. Basia i Damian wylatują we wtorek do Rzymu. Mi się nie chciało. Zostawiam sobie urlop na staże specjalizacyjne i na obóz lipcowy w Sierakowie.
czwartek, 12 października 2006
Z ZASKOCZENIA.... Ingloriel piecze tartę jabłkową!
Wczoraj miałam zorganizować sobie jo na trening. Zamiast jednak piłować piękny bukowy babciny kij od szczotki (sama to zaproponowała, kiedy westchnęłam cichutko, że nie mam kiedy jechać do SAMURAJA) napadła mnie chęć na upieczenie jabłecznika. Zupełnie byłam tym zaskoczona, zdołałam jednak kupić jajka. Babcia ochoczo przystąpiła do obierania jabłuszek. Przepis na kruche ciasto znaleziony w przyjaciółce zmodyfikowałam tak, że w ogóle nie przypominał oryginału... 2 żółtka 2 szkl. mąki ½ szkl. cukru pudru 12 dag margaryny 5 łyżek płatków migdałowych otarta skórka z 1 cytryny 3 krople aromatu migdałowego szczypta soli imbir i cynamon wedle uznania (moje własne uznanie dla nich jest spore ;-) Zagniotłam szybciutko i wyłożyłam w prodiżu, wałeczek z ciasta dookoła, i na to jabłka. Babci pomysłem była pianka z białek, którą po ubiciu na sztywno posłodziłam i dodałam łyżkę mąki. W prodiżu piekło się to cudo 40 min i jest cudowne, palce lizać! A ochy i achy Krystynki dowartościowały mnie bardzo! :-) Kijaszek obrobię sobie pewnie dziś.. Wymiary pasują, niestety jest sęk na nim... ale taki kij kosztuje kilkanaście złotych mniej, niż oryginalne jo, a emblemat aikido narysuję sobie sama! Tuszem. hihi... :-P
czwartek, 28 września 2006
Ingloriel w obliczu zagrożenia i społecznej patologii
Po wczorajszym treningu postanowiłam wypłacić trochę kaski na osiedlu obok (dla wtajemniczonych dodam, że na Czecha). Godzina dla mnie była wczesnowieczorna (21:30), więc zasuwam do bankomatu bez najmniejszych obaw. Stanowiska były dwa, jedno już zajęte: Kobieta wypłaciła 50 zł, mężczyzna wziął jej pieniądze i wyszedł. Ona rozpłakała się i poprosiła, żebym jej pomogła jakoś, bo oni ją pobili... Zdębiałam, i mówię, że musi z tym iść na policję, zgłosić, kto ją pobił. Ona to zignorowała i nadal płacze. Prosiła, żebym z nią wyszła, bo oni czekają na nią pod drzwiami i boi się, że znów ją pobiją i zabiorą portfel. Nie wiedziałam kompletnie jak zareagować, ale jak ruszyłam w stronę drzwi, chwyciła mnie za ramię kurczowo... Wyszłyśmy więc razem... Na zewnątrz 4 meneli... Myślę sobie: żegnajcie moje dwie niebieskie, jeszcze ciepłe pięćdziesiątki, żegnaj stary wierny Ericssonie... Ja na wysokich obcasach (ani kopnąć, ani uciekać), kobieta uczepiona na PRAWEJ ręce (ani kogo walnąć ani jak sięgnąć po klucz, który zawsze mam w prawej kieszeni, żeby można było komuś wrazić w oko) a przede mną czterech meneli... Ale – ku mojemu miłemu zaskoczeniu - nawet nie zdążyłam pomyśleć o Aniele Stróżu – już ich nie było! Mojej czujności to jednak nie uśpiło, bo kobieta stwierdziła, że jest mi szalenie wdzięczna i odprowadzi mnie na przystanek. Tu się wystraszyłam – wystawia mnie!!! Opowiedziała mi dokładnie co się stało (spotkałam koleżankę, piłyśmy trochę, bo życie takie ciężkie...) oraz 20 lat swojego życia (matka umarła w wieku 30 lat, ona ma jaskrę, ale i tak się cieszy, że matkę przeżyła...) Przy przystanku zostawiłam ją płaczącą nadal. To, co jej mówiłam chyba do niej nie trafiało, zdawała się mnie słyszeć. Nie komentowała tego, co mówiłam (policja, opieka społeczna itp. banały). :-( Tramwaj mi uciekł, więc ruszyłam pieszo, z lekką schizą i rozglądając się co chwilę. Dochodziłam już do bloku, gdy wtem zauważyłam czerwone światełko laserowego wskaźnika na ziemi tuż przed sobą... Ktoś dla rozrywki oświetlał mi drogę z wieżowca!!! I tak przez dobrych 10m!!! Spojrzałam bojowo w górę i zgasło, ale wczujcie się!!! Taka już roztrzęsiona, a tu jeszcze ktoś śledzi każdy mój krok... Całe szczęście, że nikogo nie było przy windzie, i ostatni odcinek drogi pokonałam już bez żadnych przygód.
środa, 27 września 2006
Trochę filozofii
Dlaczego istnieje taka rozbieżność pomiędzy potrzebami ciała i umysłu? Dlaczego moje ciało domaga się, wręcz KRZYCZY o regularność, systematyczność i sztywne kanony, natomiast mój umysł najlepiej działa gdy dostarcza mu się nieregularnych, różnorodnych bodźców? A jednostajne zajęcia doprowadzają do śmiertelnego znudzenia mojego mózgu i zniechęcają ogólnie dożycia... Obecnie sporo energii muszę poświęcać na dostarczanie sobie bodźców umysłowych i na zapewnienie regularności działań ciału (SEN, SEN, SEN!!! i trochę ruchu). Dobrze, że mam na to czas! (...póki co...) :-)
piątek, 15 września 2006
dobrze zapowiada się ten dzień
Dziś mam niesamowicie dobrze zaczynający się dzień! Pierwsze co pamiętam to sen: lekarz i pielęgniarka, którzy przyszli do mnie żeby mi zrobić przeszczep serca (sic!!!). Protestowałam, bo przecież serce mam w porządku. Oni stwierdzili, że poczekają... Poszłam pogadać z siostrą, wracam – czekają. Na naszym podwórku odbywały się występy cyrkowe (rzecz nie do pomyślenia w rzeczywistości); najlepiej pamiętam kobietę "czarującą" piórka tak, że latały jak tresowane... W końcu podarła je i wszystkie nam się posypały na głowy. Służba zdrowia również przyglądała się z zainteresowaniem... Było mi przykro, że mam mieć tę operację i na pewno zostanie mi blizna. Natomiast bezsens sytuacji mnie wcale nie porażał, uważałam, że fachowcy mają rację. Obudziłam się kilka minut przed budzikiem z poczuciem, że jest wcześnie. Śniadanko było super, wyrobiłam się na tramwaj bardzo ładnie, nawet nie biegłam tylko czekałam na przystanku. Autobus zamiast wyrzucić mnie na pętli (skąd mam 2km z buta, jak mnie nikt nie weźmie z naszych jadących do pracy) podrzucił mnie pod samą firmę, bo jeden wóz im się zepsuł i ten mój musiał zmienić trasę! Ładuję dziś moje pierwsze zlecenie od mojego pierwszego klienta Martwiłam się, że kierowca nie dojedzie na czas, a Niemcy tam pracują dziś tylko do 13. Tymczasem on zadzwonił do mnie przed godz.9, że już jest na miejscu i do tego załadowany!!! (Był co prawda pewien problem, ale mam nadzieję, że go wyjaśniłam i nie będzie sprawy.) Oby tak dalej, to będzie super dzień!! ;-) same fajne niespodzianki
środa, 06 września 2006
Ocean Możliwości....
Od kwietnia sporo się zmieniło. Może gdybym się teraz tak chwilowo nie nudziła, ten wpis by nie powstał. Ale jednak powstaje, hihi... ;-) Z końcem maja odeszłam ze szpitala. O urlop bezpłatny walczyłam dość długo i uparcie. Z pracą w Niemczech nic nie wyszło. Dziś już tego nie żałuję. Miałam 2 miesiące wspaniałych wakacji - czerwiec i lipiec były bardzo upalne - i choć początkowo ten rok jawił mi się jako czarna przepaść, w końcu spojrzałam na niego jak na morze nowych możliwości. Od miesiąca pracuję w prywatnej firmie. Różnice? Tu więcej klną, za to nie umierają... Codziennie gadam po niemiecku: nie tylko z Niemcami,ale też z Węgrami, Austriakami - co u mnie wywołuje wybuchy śmiechu, i Holendrami. W kwietniu zarzuciłam aikido. Obecnie znów chodzę. 4 miesiące przerwy to jest powód do bólu mięśni... Teraz już lepiej :-) w tym tygodniu treningi ruszają pełną parą. Jestem wyluzowana, uśmiech na twarzy i spokój ducha... Flirtuję sobie delikatnie z różnymi sympatycznymi mężczyznami... A poważnie traktuje mnie Jacek. Jak ja jego traktuję? sama nie wiem Wszystko się niebawem wyjaśni...
środa, 05 kwietnia 2006
gorzkie szczęście moje...
Właśnie na GG zaczepił mnie Rafał, obiekt moich westchnień skrytych i jawnych sprzed roku. jest bardzo szczęśliwy 15 lipca bierze ślub Życze mu jak najlepiej. Nie wyleczyłam się jeszcze z niego...
piątek, 10 lutego 2006
nici chyba z Gutenberga
Umieram z ciekawości, co dalej będzie z Uni Gutenberga. Przeczucie mówi mi, że nic... Pisma nie dostałam. Dzwonię - ciągle zajęte. Nie poddaję się jednak. Humor mi dopisuje. Wszak niedługo Walentynki. Tak, zamierzam świętować. Tak, mam z kim. Tylko nie wiem, którego z czterech moich kolegów od serca wybrać. Czekam, aż sytuacja rozwiąże się sama. :-)
czwartek, 02 lutego 2006
chrypka
Chrypka to niewielka cena, gdy świadomie popełnia się wielki błąd: kilka łyków zimnej wody po ciężkim treningu. To ZAWSZE bardzo mi szkodziło. Wtorek był miły: spotkanie, kawa, inteligentna rozmowa. Pan poeta A. przekonany, że w kafejce jest możliwość płacenia kartą nie miał przy sobie zbyt wiele gotówki, więc Ingloriel dopłaciła to, co brakowało :-) Właściwie to dziwne, R. na 100% płacił kartą, kiedy tam byliśmy ostatnio... (och, Boże, przecież to było w maju...) W każdym razie dziwnie się poczułam, gdy A. zaproponował właśnie "Werandę"... Ciekawe, jak sprawy potoczą się dalej. Dziś dyżur, jutro po dyżurze biegnę do domu i wychodzę do opery na "Fausta". O czym to w ogóle jest?... Sprawdzę. Kiedyś to wiedziałam. W poprzednim życiu, znaczy się przed magisterką.
piątek, 20 stycznia 2006
Uniwersytet Gutenberga
Wcześniej nie wspominałam, ale wysłałam w zeszły piątek wysłałam moje podanko do Johannes-Gutenberg-Universität w Mainz. Maja to idealną posadę dla mnie: technik przy projekcie naukowym. Dokładnie w interesującym mnie temacie. Dokładnie w tym landzie, który sobie wymarzyłam. Wczoraj ok. 19 (czyli przed treningiem) Magda dzwoni do mnie mówiąc, że jest odpowiedź z Mainz i czy chcę, żeby mi przeczytała. Ponieważ nie spodziewałam się jednak pozytywnej wiadomości w tak krótkim czasie, powiedziałam, że wole otworzyć koperte sama. A tam miła choć zwięzła odpowiedź z podziękowaniem za zainteresowanie i z prośbą o cierpliwość. Dokumenty będą rozpatrywane. Czyli jakaś szansa jest. :-)
|